U.S. Open 2026 rusza dziś. Czy Scottie domknie Wielkiego Szlema?
„The 2026 U.S. Open starts today” — napisał DP World Tour. I czasem taki krótki wpis wystarczy, żeby golfowy kibic wiedział, że zaczyna się tydzień, w którym naprawdę warto znaleźć czas na transmisję (szkoda, że nie ma jej w polskiej telewizji z komentarzem Jacka Persona ...).
U.S. Open to nie jest zwykły turniej. To nie jest też taki major, w którym chodzi wyłącznie o piękne uderzenia, niskie wyniki i efektowne birdie. Moim zdaniem to jeden z najbardziej bezlitosnych testów w golfie. Turniej, który bardzo szybko przypomina zawodnikom, że czasem par jest sukcesem, bogey nie musi być katastrofą, a cierpliwość bywa ważniejsza niż ambicja.
W 2026 roku najlepsi golfiści świata grają na Shinnecock Hills Golf Club w Southampton w stanie Nowy Jork. I to jest wiadomość bardzo dobra, bo Shinnecock Hills nie jest polem, do którego trzeba dopisywać legendę. Ono już ją ma. To jedno z tych miejsc, gdzie historia golfa jest obecna nie w folderze reklamowym, ale w samym charakterze pola. Były tu wielkie nazwiska, były wielkie turnieje, były też dyskusje o tym, czy U.S. Open ma być trudne, bardzo trudne, czy może już po prostu brutalne.
Shinnecock ma charakter linksowy, jest wystawione na wiatr i nie daje zawodnikom poczucia pełnej kontroli. A to w golfie jest najciekawsze. Bo na zwykłym turnieju często widzimy, kto ma najwięcej birdie. Tutaj częściej widzimy, kto potrafi się nie rozsypać. Liczy się pozycja po tee shocie, kąt wejścia do greenu, trajektoria, krótka gra i umiejętność pogodzenia się z tym, że nawet dobre uderzenie nie zawsze kończy się idealnie.
Faworyci? Oczywiście Scottie Scheffler. Trudno zacząć od kogokolwiek innego, skoro mówimy o numerze jeden świata. Ale w tym roku jego start ma jeszcze jeden, bardzo konkretny ciężar. Scottie wygrał już Masters, PGA Championship i The Open. Brakuje mu właśnie U.S. Open, żeby skompletować karierowego Wielkiego Szlema (The Grand Slam!). Oczywiście U.S. Open ma to do siebie, że przed turniejem nazwiska wyglądają bardzo ładnie, a po dwóch rundach połowa tych przewidywań może leżeć w koszu. Rory McIlroy, Jon Rahm, Xander Schauffele, Matt Fitzpatrick, Tommy Fleetwood, Bryson DeChambeau czy broniący tytułu J.J. Spaun — każdy z nich ma powody, żeby myśleć o zwycięstwie. I każdy z nich może dostać od tego pola bardzo szybkie przypomnienie, że Shinnecock nie rozdaje prezentów :)
I właśnie dlatego U.S. Open ogląda się inaczej. Tu można być faworytem w środę, a w piątek walczyć o cut. Można przez trzy dni grać świetnie, a potem jednym złym miejscem po tee shocie otworzyć sobie serię problemów. Można też nie zachwycać, nie błyszczeć, nie robić fajerwerków, ale przetrwać. A przetrwanie w U.S. Open często znaczy więcej niż piękna karta wyników w zwykłym tygodniu.
Dla kibiców zaczynają się cztery dni golfa, w którym par znowu może smakować jak birdie. A dla zawodników — klasyczny egzamin z cierpliwości, głowy i szacunku do pola. Czyli dokładnie to, za co U.S. Open lubimy najbardziej.
Od lat interesuję się wpływem witamin, minerałów, ziół i naturalnych substancji na codzienne funkcjonowanie organizmu. Łączę pasję do zdrowej suplementacji z aktywnym stylem życia – pasjonuję się golfem, koszykówką, uwielbiam tenis stołowy. Chętnie spędzam czas na świeżym powietrzu. Czytam badania, analizuję składy, testuję wybrane produkty na sobie, ale przede wszystkim rozmawiam z ludźmi i słucham ich doświadczeń. Właśnie z tej ciekawości, praktyki i rozmów z klientami powstają artykuły, które tutaj znajdziesz.